Texas Hold'em to nowe uzależnienie Polaków. W USA cierpią na nie od lat ludzie uwielbiający ryzyko - inwestorzy, traderzy, sportowcy. Najwięksi gracze mają miliony... i zszarpane nerwy. Czy nad Wisłą też wpadniemy w łapska nałogu?
Przytopiwszy wcześniej Stany, Skandynawię i Holandię fala Texas Hold'ema dotarła oficjalnie do Polski. Na zagranicznych serwisach od kilku dobrych lat gra co prawda rzesza naszych rodaków, ale dopiero niedawno poker stał się masową rozrywką.
Modę wspiera ogromna machina biznesowa zakotwiczona oficjalnie na Cyprze, Malcie i innych krajach, gdzie hazard w sieci nie został jeszcze zakazany. Gra się tu, tu, tu albo tu.
Społeczność pokerzystów ma nawet swojego PokerTube'a.
Texas Holdem wyłazi z sieci
Poker w Polsce wydostaje się z internetu. Kumple po pracy w korporacjach, dawni znajomi na domówce, studenci w czasie okienka w zajęciach albo nocą w akademiku spotykają się przy Holdemie.
Okazją jest wspólnie oglądany meczyk w telewizji albo weekendowe piwo w knajpie, która ma na stanie żetony.
Są też turnieje w kasynach i cash game'y* na wyższe stawki. Na razie nowa odmiana pokera nie jest jeszcze aż tak popularna. Ciekawość i głód hazardu Polaków wciąż jeszcze zaspokajają niskie stawki, fakt poznawania tajników strategii, liczenia outów, oddsów, no i sama rywalizacja.
W Stanach walczą o gigantyczne stawki
pot - pula w jednym rozdaniu
out - każda z nieodkrytych kart, która poprawi wartość Twojej ręki
buy-in - kwota za którą kupujesz żetony by wejść do gry
W Stanach multimiliarderzy, ludzie show biznesu i sportu oraz profesjonalni pokerzyści walczą o poty* liczone w dziesiątkach lub setkach tysięcy dolarów.
Weźmy takiego dra Jerry'ego Bussa (na zdjęciu), doktora chemii, inwestora i właściciela słynnego klubu NBA Los Angeles Lakers.
Nie zawahał się wnieść 100 000-dolarowy buy-in* do gry z czołówką graczy pokera w ramach High Stakes Poker.
Skrajnym przypadkiem był miliarder i matematyk Andy Beal, który wyzwał syndykat pokerzystów na serię pojedynków jeden na jednego (Heads-up) o milionowe stawki. Liczył na to, że puszczą im nerwy i uzyska w ten sposób przewagę. Efekt? Połowiczny: jednego dnia, co do dziś jest rekordem, zaliczył 11,7 mln USD zysku, by w rewanżu w trzy kolejne dni przegrać z wystawionym przez syndykat do gry Philem Ivey w sumie ponad 16,6 mln.
Traderzy i ludzie Wall Street (jak Phil Laak), prawnicy (jak Greg Raymer), niedoszli sportowcy (byli tenisiści: David Benyamin, Gus Hansen) i ludzie show biznesu (agent w Hollywood Jamie Gold) znajdują przy stoliku pokerowy uniwersalną płaszczyznę rywalizacji.
Wygląda na to, że sesje Hold'em'a, Omahy, czy 7 kartowego studa*, traktują jak najczystsze i najbardziej satysfakcjonujące zajęcie. Esencję prac, które wykonywali poprzednio, a które też w dużej, ale widać niewystarczającej mierze opierały się na grze i bezwzględnym współzawodnictwie.
Na drugim biegunie tego świata są ludzie, którzy od pokera zaczynali i wygląda na to, że z tego powodu czują niedosyt. Barry Greenstein wspiera więc organizacje charytatywne wychodząc z założenia, że wykonywane zajęcie musi mieć minimum produktywności, niektórzy próbują sił na rynkach finansowych tradując opcjami, jeszcze inni brną w czysty hazard obstawiając wyniki sportowe.
Najbardziej dramatyczny jest przykład jest przypadek genialnego Stu Ungar 'a, który wyzwań szukał w nierównym pojedynku z używkami.
Stu Ungar - przypadek skrajnyStu Ungar się zaćpał, mówiąc krótko. Był chudy, miał 1,5 m. wzrostu, ojca żydowskiego bukmachera, kumpli w mafii, którzy go chronili. Jako jeden z niewielu w historii pokera miał piekielną przewagę nad resztą stawki. Dzisiejsi pokerzyści wygrywają miliony by następnego dnia je przegrać. On wygrywał i wydawał na kokainę i alkohol.
Jako jedyny wygrał trzy razy World Series of Poker. Niestety, za pierwszym razem był za młody żeby odebrać nagrodę.
Nie wygrał więcej, bo potrafił doprowadzić się w połowie turnieju do stanu klinicznego. Zdarzyło się, że leżąc przez ostatni dzień turnieju w szpitalu zajął 9 miejsce na kilkaset osób. Dziesiątki tysięcy dolarów przeznaczył na następne używki.
Zmarł równo 10 lat temu. Nakręcono o nim bardzo nieudany film. Był geniuszem, który zupełnie nie radził sobie w życiu. Wyróżniało go to, że genialny, nie radzący sobie z życiem matematyk, fizyk, muzyk czy poeta umrze z głodu, a on nie radził sobie mając miliony dolarów. Z opcją na tryliony.
Czy za kilka lat będziemy czytali takie historie o polskich pokerzystach?
Polacy lubią karty. Lubimy też rozwiązywać łamigłówki i kombinować. Lubimy przechytrzyć sąsiada lub kumpla. Polubiliśmy grę na giełdzie od początku jej istnienia w Polsce, nawet gdy nie wiedzieliśmy o niej za wiele.
Zasady Hold'ema do tego są banalne, no i niosą ze sobą co kilka minut emocje losowania totolotka. Podsumowując, poker trafia w Polsce na piekielnie podatny grunt.
Polacy mają ogromną karcianą tradycję. Polski Związek Brydża Sportowego zrzesza obecnie 11,4 tys. zawodników. Nasze reprezentacje utrzymują się na szczycie i nie zamierzają odpuszczać.
Już dziś para Balicki-Żmudziński, Pszczoła, Gawryś i Martens wymieniani są jako uznane marki na światowym rynku brydża.
W kategoriach juniorskich zdobyliśmy ostatnio stos złotych i srebrnych medali mistrzostw świata i Europy, więc rokowania jeśli chodzi o karciarzy na przyszłość są rewelacyjne.
Z drugiej strony tradycje i umiejętności brydżowe mogą zastopować falę pokera.
Uzależnimy się od pokera?
Scenariusz pesymistyczny jest taki, że pokerowe tsunami wciągnie masę słabszych i bardziej podatnych na uzależnienia. Przy rosnących stawkach (dawkach) będzie kończyło się to tragicznie dla tych ludzi i w efekcie sąsiadującego z nimi społeczeństwa.
Dziś w Stanach, w okolicach centrów hazardu żyją tysiące spłukanych i żebrzących o kasę na wkupienie się do gry nałogowych hazardzistów, którym zabrakło kiedyś umiejętności lub szczęścia.
Część z nich, tzw. railbirds, zaspokaja głód kłębiąc się wokół stołów i oglądając innych. Wszyscy marzą jednak o powrocie do gry i najczęściej ląduje jeszcze głębiej w długach.
Miejmy nadzieję, że wystarczy nam sam fakt rywalizacji i nie będziemy brnęli w zbędnie wysokie stawki? Może satysfakcja z dobrej gry z jednej strony, a poczucie ryzyka z drugiej pozwolą nam zatrzymać się na tzw. social poker, a więc przyjaznej potyczce znajomych za nienaruszające domowego budżetu stawki?
Miejmy nadzieję.
Łukasz "Larss" Mrowicki
Źródło:
http://www.manageria.pl/manageria/1,858 ... owcow.html